Baba z grzywką, baba na obcasach, baba za biurkiem, baba od angielskiego, baba z laptopem na kolanach, baba z telefonem przy uchu, baba za kółkiem, baba z bachorem, baba z roszczeniami, baba uparta i wredna - w swoim świecie
RSS
poniedziałek, 10 marca 2014

 

W przerwie postanowiła napisać dlaczego nie pisze.

 

Dlaczego Baba nie pisze? Możnaby mnożyć odpowiedzi, kluczyć, dopisywać filozofię, ale prawda jest po prostu taka, że Baba nie ma czasu. Bo jest zajęta. Życiem.

 

Baba z rozrzewnieniem wspomina ten sielankowy okres, kiedy uwieczniała na blogu każdy nowy ząb potomka i własną zmarszczkę (bądź guz cellulitu), liczny wkurw, a czasem nawet myśl niepolityczną i pomysł na wakacje.

 

Tymczasem niepolitycznego wkurwu w bród, zmarszczek przybywa, dziecku rośnie pierwsza stała jedynka, w domu syf, bród i pusta lodówka, w pracy praca 24 ha na de, z wakacji przyjdzie zrezygnować, bo Baba postanowiła inwestować w biznes i własne kwalifikacje.

 

Przerwa w przerwie. Telefon. Kolejny pasożyt marnuje mój czas, próbując naciągnąć na reklamę w szmatławcu, który wkrótce zasili warszawskie śmietniki. Pasożyt sam nie wie, co właściwie chciałby zaoferować i wzdycha w końcu do słuchawki „Czuję się jakbym rozmawiał z firmą chcącą wydać 300 tysięcy na reklamę, a nie…” „To po co marnuje Pan czas na rozmowę ze mną? Dziękuję. Do widzenia.” Ktoś jeszcze ma ochotę mnie dzisiaj doprowadzić do szału?

 

Przecież ja tutaj z dumnie uniesionym czołem podnoszę poziom przedsiębiorczości w tym jakże sprzyjającym przedsiębiorczości kraju. (to taka ironia była, jakby kto nie zauważył)

 

Znaczy można we mnie orać. Ni z tego ni z owego składki podnieść, obłożyć dodatkowym haraczem za prąd, śmieć i nieruchomość. 

 

Przychodzi chłopak „w sprawie pracy”: „Jakie masz wymagania finansowe” - zapytuję. „Tyle to, a tyle, na rękę” - odpowiada. „Acha, no to sorry” - mówię. „Dlaczego?” - pyta. „Bo klient mi płaci mniej niż sobie życzysz” - wyjaśniam. „Ale jak to? To może tyle, co klient płaci?” Acha, a ja na twój ZUS z prywatnego skarbca mam sypnąć? Ja pierdzielę, skąd się ci ludzie biorą? Czy ja wyglądam na instytucję charytatywną?

 

Nie ma kokosów, nie ma torebki od Prady, ani lanczyków w restauracyjkach. Jest robota czasem od 7 rano do 9 wieczorem. A w niedzielę (bo w sobotę jest robota) - rozwieszanie skarpetek i skrobanie zaskorupialego brudu w łazience (bo na sprzątaczkę jednak mnie jeszcze nie stać, najpierw kupię jeden brakujący stół i dwa krzesła do roboty).

 

Życie.

 

 

17:17, dziwobaba
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 listopada 2013

No właśnie. Dlaczego?

Dlaczego mogę coś "polubić", a nie mogę "znienawidzić"?

Czy ludzie świadomie wykorzystują fejsa do pokazywania, że są większymi idiotami niż by się mogło w realu wydawać? Bo wielokrotna recydywa świadczy o tym, że nie robią tego świadomie. A może jednak? 

Taki przycisk "hate" mógłby im pomóc. Dzięki możliwości "hejtowania" najlepsi przyjaciele mogliby szybko potwierdzić debilizm autora jednego, czy drugiego posta i autor nie musiałby się już więcej wytężać nad upublicznianiem kolejnych rojeń chorego mózgu (w skrajnych wypadkach bezmózgu)

 

 

Press Hate if you hate it.



 

16:45, dziwobaba
Link Komentarze (8) »
czwartek, 07 listopada 2013

- Dzień dobry. Bardzo miło mi z panią rozmawiać. Dzwonię z firmy Badziewie4u. Mamy obecnie w ofercie taką supernowoczesną kamerę internetową w długopisie…

- Wie pani co, taka kamera jest mi potrzebna jak plaster na dupę.

- Naprawdę? – nieukrywane zdziwienie w głosie pani po drugiej stronie – bezcenne.

- Naprawdę. Dziękuję bardzo. Do widzenia.

 


 

PS: A dzisiaj wszak jeszcze nie piątek.



11:54, dziwobaba
Link Komentarze (4) »
sobota, 26 października 2013

Zadzwoniła do mnie pani z ofertą lajków na fejsbuku.

- Działają państwo na fejsbuku - powiedziała - i możemy pomóc w budowaniu wiarygodności marki...

Jednym słowem 150 zeta za 1000 lajków z gwarancją. Gwarancja polega na tym, że cię nie odlajkują, jak zapłacisz.

Nawet nie wiem czy to dużo czy mało. I w zasadzie to nie wiem również na co mi lajki ludzi nawet potencjalnie nie zainteresowanych moją usługą.

Owszem fajne są lajki znajomych, ta skłamana popularność. Ale żeby za lajki płacić? Czy to nie jest trochę jak korzystanie z usług prostytutki?

O co ci chodzi, babo - ktoś powie -  rozbijasz gówno na atomy, a nikt normalny się nawet nie zastanawia, tylko kupuje lajki na fejsbuku hurtem.

Może i tak.

A może po prostu baba jest zmęczona setkami telefonów od innych bab, usiłujących każdego dnia sprzedać jej milion jakże niezbędnych usług: od wniosku o fundusze unijne, przez dostawę wody źródlanej po lajki na fejsbuku.

Ta działalność to moja puszka Pandory.

11:30, dziwobaba
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 30 września 2013

Córcia połyka historie i historyjki. Połyka to mało powiedziane, chłonie uszami, oczami i wszystkimi porami skóry: bajki w telewizji, filmy animowane w kinie, audiobooki, książki i komiksy z debilnych czasopism o kucykach i księżniczkach. Taki okres chyba.

Na dobranoc musi byś czytanie, obowiązkowo. To czytałyśmy wczoraj. Tamto już dwa razy. A owamto trzy.

Ta pasja młodej mogłaby doprowadzić do ruiny. Nas nie doprowadza. Za co jestem winna wielkie pokłony paniom (i jednemu panu) z naszej biblioteki publicznej. Ratują nasz domowy budżet.

Żeby tylko gust Baby był zbieżny z gustem pacholęcia...

Czasami zdarzają się skuchy.

- Zobacz, co leży na siedzeniu obok - mówię do młodej po zapięciu jej w foteliku.

- Książki! Dla mnie?

- Wypożyczyłam -  mówię dumna z siebie.

- Eeee, brzydkie takie - stwierdza Córcia.

- No co ty? Ta jest o muminkach, ta zielona o takiej dziewczynce, co się nazywa Ronja i jej tata jest rozbójnikiem, a ta trzecia o piaskowym wilku.

- Do niczego te książki. Nie będę chciała ich czytać.

- Co ty, zobaczysz, fajne są.

- Nooo, może tylko tą o piaskowym potworze...

14:13, dziwobaba
Link Komentarze (2) »
czwartek, 19 września 2013

Profesjonaliści, czyli studio kreatywne, które projektowało – a raczej próbowało zaprojektować – moją ulotkę, okazało się profesjonalne tak dalece, że ostatecznie zaprojektowałam ją sobie sama. I jestem z tego projektu zadowolona, bo może jest bez specjalnych szaleństw, ale za to przejrzyście, ładnie i – co ważne – z jajem, gdyż…

Wpadałam na pewien dość nietypowy pomysł. Nietypowy pomysł – zapamiętajcie, bo to ważne.

Żałosne to studio kreatywne, powiecie. No właśnie. Ale…

Jako że w mojej wydawałoby się niewzruszonej ateistycznej piersi ściśniętej koronką czarnego biustonosza bije prawdziwie gołębie serce, postanowiłam dać kreatywnym jeszcze jedną szansę. Zleciłam produkcję. Już niech nie projektują, jak nie potrafią – pomyślałam litościwie – niech wydrukują, przecież to nic skomplikowanego.

Tymczasem…

Otóż otwieram ci ja przedwczoraj skrzynkę pocztową i… I co widzę? Ulotka konkurencji. Nic by nie było w tym dziwnego, bo konkurencja owszem ulotki miewa, znam ci ja te ulotki dobrze, bo od zarania dziejów były to – wierzcie mi – najbrzydsze i najbardziej bezsensowne ulotki świata, ulotki z rodzaju tych, co to się je od razu wyrzuca do kosza. I tu niespodzianka! Nagle konkurencja zmieniła swoją, że tak się fachowo wyrażę, komunikację wizualną. I ma ulotkę łudząco podobną w zamyśle do ….

Do mojego nietypowego pomysłu. Zbieg okoliczności? Wątpię. Krew mnie zalała. Agencja reklamowa podpierdzieliła mój pomysł! No, niech ich …. Gdyby podpierdzielili i sprzedali na drugim końcu Polski, to mówi się trudno. Ale oni wzięli i opchnęli mój pomysł tuż pod moim nosem. Jak sobie o tym pomyślę, to wyskakuje mi na szyi żyła, której Arnold Schwarzenegger w czasach największej świetności by się nie powstydził.

I otóż, kochani, czekam obecnie na transport ulotek, a mój nastrój jest – uwierzcie – daleki od słodkopierdzącego.



17:07, dziwobaba
Link Komentarze (5) »
środa, 11 września 2013

Podobno mądry Polak po szkodzie i nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.

Powiedzcie to Babie!

Kto czytywał Dziubelunio, ten być może pamięta tymczasową leworęczność, którą Baba zafundowała sobie na własne życzenie nieco ponad trzy lata temu.

Pierdoła -  powiecie. I będziecie mieć rację.

Przynajmniej palec nie tak kłopotliwy – wskazujący, pomalowany obecnie szczelnie kryjącym lakierem. Obiecuję, że jak przyjdzie kolej na serdeczny, nie pomaluję i będę go wszystkim ochoczo pokazywać.

A komu pokazałabym ów palec w pierwszej kolejności?

Grafikom, tak właśnie grafikom, proszę państwa. No może nie tyle grafikom, co patafianom, co to sobie zakupili Adołbi-Srołbi oprogramowanie i w konsekwencji tejże inwestycji grafikami postanowili się mianować.

Pewien czas temu żem sobie wykombinowała, że sobie znajdę kogoś, kto mi dla mojej działalności gospodarczej logo jakie wyczesane zaprojektuje. No kto, jak nie grafik jaki?

(Tfu! Niech ich piekło pochłonie!)

Tak mi to logo graficy projektowali, najpierw pan z jednej takiej firmy specjalistycznej, potem koleżanka koleżanki specjalistka, a potem jeszcze jedni, że aż w końcu zlitował się nade mną sąsiad, któren to na co dzień zawodowo robi filmy animowane, a od święta dla relaksu studiuje komiksy. Ów sąsiad trzasnął mi takie logo, że wszystkie graficzne niedorozwoje powinny od razu iść się powiesić.

No ale, kochani, co jeden polepszy, to drugi popieprzy.

Trzeba było to logo wrzucić na wizytówkę.

To mnie grafiki jedne z drugimi takie wizytówki zaproponowali, że w końcu z musu coś żem wybrała, co jednakowoż wkrótce wylądowało w śmietniku, bo wstyd było ludziom pokazywać, a co dopiero rozdawać.

Mądry Polak po szkodzie, a zwłaszcza Chłop (ten mój prywatny, nie każdy, bo, bądźmy szczerzy, mądry chłop to rzadkość), który to wziął i sobie sam friwersję najnowszego Adołbi-Srołbi zainstalował, a następnie w jeden wieczór zrobił to, co przekraczało kompetencje osób zawodowo z Adołbi-Srołbi pracujących, czyli zaprojektował wizytówkę czytelną i dla oka przyjemną.

Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki?

Otóż przyszedł czas na projektowanie ulotek i innych szmerów-bannerów.

A ja, jak kto głupi, postanowiłam ponownie dać szansę profesjonalistom.

Po długich namysłach i riserczach zdecydowałam się na kolejną firmę ze słowem „kreatywność” na stronie głównej.

I co? Właśnie patrzę na drugą wersję ulotki, która znowu wygląda … no  po prostu jak kupa wygląda. Jakby mi taką ktoś wrzucił do skrzynki albo podarował na ulicy, to bym się jej tylko czym prędzej pozbyła, a z osobą, bądź firmą, od której taka ulotka by pochodziła, nie chciałabym mieć kontaktu nawet najmniejszego.

Skąd się te bezguścia tragiczne biorą? No skąd? Kim są ci graficy? Niewidomi?

Kij im w ryj! Ściągam trzydziestodniową wersję Illustratora.

Co cię nie zabije, to cię wzmocni.



13:32, dziwobaba
Link Komentarze (5) »
wtorek, 20 sierpnia 2013

Bezsilna wściekłość, nie mogąc znaleźć ujścia, nakazuje:

Rozrycz się! Rycz jak bóbr!

a rozsądek na to:

Przecież nie masz przy sobie ani tuszu do rzęs, ani pudru - jak rozmażesz tapetę, to będziesz tak musiała chodzić przez resztę dnia.

Uspokajam się, wbrew sobie się uspokajam.

I dobrze. Dzisiaj już jest lepiej. Jednak zjawisko zwane biurokracją i zjawisko zwane PMS stanowią każde z osobna atrakcje tak niezmiernie atrakcyjne, że ich kumulowanie to atrakcji brutalny nadmiar.

12:29, dziwobaba
Link Komentarze (3) »
wtorek, 06 sierpnia 2013

Zmiana sposobu użytkowania lokalu.

Phi. Formalność.

Rachu-ciachu i wrota do chałupy stoją otworem, jak stały, ale już nie przed gościem, co przyłazi w klapkach i z piwem w łapie, lecz przed klientem, najlepiej pod krawatem,  oficjalnie i w majestacie prawa.

Po co to? A po to, że jak zawistny sąsiad z klatki jeden z drugim naśle na twoją jednoosobową działalność gospodarczą jaką inspekcję budowlaną, sanepid albo inszy pomiot szatana, to ci przymieranie głodem nie grozi, bo:

przykład numer 1: machniesz papierem i spokojnie powrócisz do składania długopisów i klecenia koralików na odpusty;

przykład numer 2: machniesz papierem i zaproponujesz panu inspektorowi (albo pani inspektorce) konwersacje z francuskiego lub korepetycje z fizyki dla bachora;

przykład numer 3: machniesz papierem, nie przerywając nawet borowania lewej górnej szóstki;

przykład numer 4: machniesz papierem i będziesz kontynuować czerpanie korzyści finansowych z dawania dupy, figurującego na twojej kasie fiskalnej jako „masaż”, ewentualnie „taniec”.

(Wrażliwszego czytelnika przepraszam za ten ostatni przykład: słowo „dupa” niestety musiało się w dzisiejszym wpisie pojawić, bo jak zaobserwowałam nic tak dobrze nie wpływa na blogowe statystyki, jak „dupa” lub „cycki” tu i ówdzie we wpisach się pojawiające. Korzystając z okazji, pragnę z tego miejsca najserdeczniej pozdrowić wszystkich czytelników, którzy zajrzeli do Świata Baby w poszukiwaniu obrazków.)

No więc zmiana sposobu użytkowania. Teoretycznie proste. Informujesz, że zmieniasz i czekasz 30 dni, czy kto w urzędzie nie przypierdoli się wyda postanowienia, że dajmy na to, podjęcie hodowli bydła rogatego w twojej kawalerce na szóstym piętrze wymaga przedłożenia zaświadczenia o ukończeniu kursu inseminacyjnego.

W praktyce jednak nie można sobie ot tak po prostu postanowić, że od dzisiaj w swoim własnym własnościowym mieszkaniu (kupionym na kredyt we franiu, własną krwawicą spłacany) nie mieszkasz, tylko wieszasz mandalę na ścianie i roztwierasz, dajmy na to, szkołę jogi i najzwyczajniej w świecie o tym sołtysa poinformować. O nie. Najsamprzód trza od sołtysa wydębić zaświadczenie, że otóż szkoła jogi zgodna jest z miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego. Następnie trza zapłacić sprytnemu architektowi i innym pasożytom różnej maści za rysunki, opisy i „uzgodnienia”, z których jak byk wyniknie, że powieszenie mandali na ścianie w twoim salonie nie zrujnuje warunków bezpieczeństwa pożarowego, powodziowego, pracy, zdrowotnych, higieniczno-sanitarnych, ochrony środowiska bądź wielkości lub układu obciążeń w budynku. Dopiero jak nazbierasz porządną stertę papierzysk, możesz rzucić je na biurko panu siedzącemu w okolicznym wydziale architektury, który będzie najprawdopodobniej śmiertelnie przerażony faktem, że mu się coś na biurku pojawiło.

Czekasz trzydzieści dni.

No prawie.

Znajdujesz w skrzynce awizo.

Postanowienie.

Na podstawie art. ust. pkt Ustawy pan z urzędu nakłada na ciebie obowiązek:

- zapewnienia miejsc postojowych na pięć furmanek

(Of course – myślisz – zrobisz tak, jak zrobił pobliski dentysta, kosmetyczka, apteka oraz drogeria: wynajmiesz miejsca na furmanki tam, gdzie są dostępne, czyli w garażu podziemnym na drugim końcu osiedla i będziesz czekać na klienta niespełna rozumu, który zaraz po powiedzeniu „Dzień dobry” poprosi o pilota do tegoż garażu, pójdzie w nim grzecznie zaparkować samochód, wróci na pięć minut np. podpisać umowę, a następnie wyjdzie, wyjedzie z garażu na parking ogólnodostępny przy ulicy, po czym wysiądzie i przybieży do biura z powrotem celem oddania pilota. Perspektywa posiadania bezużytecznych miejsc postojowych napawa cię radością tym większą, że już pobieżna kalkulacja plasuje owe miejsca na czele rankingu twoich obciążeń stałych.)

- przedłożenia zgody wspólnoty mieszkaniowej

(Nic prostszego – radujesz się w duchu – zwrócisz się do wspólnoty o przyjęcie odpowiedniej uchwały, a następnie będziesz czekać rok lub dwa aż wystarczająca jej część raczy złożyć podpis w rubryczce „za” lub „przeciw”, dając tym samym czas emerytowi z klatki Y na aktywizowanie silnego stronnictwa występującego przeciwko szatanizmowi, którym pod przykrywką jogi, inseminacji bydła lub masażu relaksacyjnego zamierzasz zarażać niewinne duszyczki z osiedla.)

 

Są takie dni, kiedy mam ochotę zeżreć tabliczkę czekolady, położyć się plackiem i czekać na zmiłowanie boskie, bo nawet mnie wydaje się ono bardziej prawdopodobne niż państwo przyjazne obywatelowi, a obywatelowi będącemu próbującemu być przedsiębiorcą w szczególności.



14:06, dziwobaba
Link Komentarze (2) »
czwartek, 01 sierpnia 2013

Sytuacja hipotetyczna.

Wyobraź sobie, że jesteś naprawdę fajną młodą dupą.

(Jeżeli nie musisz sobie wyobrażać, to gratulacje.)

Zaczynasz pracę w firmie zdominowanej przez mężczyzn (nic dziwnego, przez mężczyzn zdominowana jest niejedna branża).

Oczywiście na początku wszyscy cię bardzo lubią – przecież jesteś fajną dupą. Koledzy z pracy są napaleni.

Z czasem jednak orientują się, że nie mają szans. I zaczynają się problemy. Niezauważeni, niedocenieni, odtrąceni koledzy zaczynają się kolejno obrażać. Urażona duma każe im podważać twoje zawodowe kompetencje.

Najgorzej, jeżeli wykażesz, że kompetencje jednak masz i to wyższe od swoich krytyków. Jeszcze gorzej, jeżeli wykażesz zapał zamiast wpasować się w powszechną politykę narzekania. Rwiesz się do nowych zadań, rozmawiasz z szefem o swoich pomysłach – jednym słowem: nadskakujesz. A może…. No tak, wszystko jasne, odtrąceni koledzy już wiedzą jak sobie wytłumaczyć nieznośne poczucie bycia miękkimi siusiakami, które zawsze towarzyszy im w twojej obecności – nie byłaś zainteresowana jednym, czy drugim samcem omega, bo upatrzyłaś sobie szefa, z całą pewnością. Zawiść. Urażona męska duma.

Nikt z tobą nie rozmawia. Oprócz szefa. Ostatni kanał komunikacji. Ostatnia deska ratunku, kiedy trzeba podwieźć. Jedyna pomocna dłoń w sytuacji, kiedy masz współpracować z kimś, kto odmawia współpracy, bo usłyszał Nie! już pierwszego dnia. Ostatnia przychylna dusza.

I przychodzi dzień kiedy ostatnia przychylna dusza zamyka przed tobą drzwi swojego gabinetu, zapowiada, że nie podwiezie do pracy w nawet najgorszej sytuacji i prosi, żebyś od tego momentu wszystkie sprawy załatwiała za pośrednictwem kogoś innego.

A teraz wyobraź sobie, że jesteś dupą już niemłodą, ale wciąż jeszcze nienajgorszą, chociaż oczywiście nie wyglądasz już tak, jak tych kilkanaście albo dwadzieścia kilka lat temu, kiedy wyłączność na twoje wdzięki zdobył facet obecnie też już niemłody, ale… No właśnie, wiek – to co tak bardzo dewaluuje kobietę, mężczyźnie tylko dodaje wartości.

Jak zareagujesz, kiedy zacznie regularnie podwozić nową dziewczynę z pracy – młodą i ładną? Co zrobisz, kiedy okaże się, że to od niej są te liczne ostatnio nocne telefony i esemesy (nie przejmowałaś się nimi wcześniej – taka branża, praca w nocy)? A jeżeli jeszcze zacznie o niej często mówić? Co zrobisz? Jak to co? Awanturę! Każesz przestać podwozić. Nie odbierać telefonów. Nie rozmawiać. Wykreślić szmatę z życia. Pozbyć się z pracy.

A jeżeli podejrzenia są bezpodstawne i facet sobie na awanturę nie zasłużył? A co jeżeli zmuszając chłopa, żeby zwolnił dziewczynę z pracy, bezzasadnie i bezsensownie podnosisz rękę na kobiecą solidarność?

A może nie warto lekceważyć prewencyjnej funkcji awantury? Może trzeba pilnować, co swoje. Bo podczas gdy tobie lata lecą, cycki opadają, zmarszczek i cellulitu przybywa, a łakomych spojrzeń na ulicy ubywa, to twój mężczyzna dojrzałością, pozycją i marką rumaka częściej przykuwa uwagę lasek niż przykuwał kiedyś umięśnioną klatą, graniem „Kocham cię jak Irlandię” na gitarze i liczbą piw wypijanych na imprezach.

A  jeżeli awantura wcale nie odegra roli prewencyjnej, natomiast histeria skierowana przeciwko niewinnemu odniesie skutek przeciwny do zamierzonego?

Niewinny? Wierzysz w męską niewinność? Czy można wierzyć w niewinność istoty genetycznie zaprogramowanej na myślenie o seksie 20 razy dziennie.

Ale przecież nie tylko o tym myśli, prawda? Są jeszcze uczucia, przywiązanie, wspólne tematy, wspólne dzieci i kredyty. I jeszcze to coś, czym skradłaś mu kiedyś serce. Co to było? Co to takiego było? Piątki na świadectwie maturalnym? Chyba nie. Kolekcja płyt Pearl Jamu? To chyba też nie. Zamiłowanie do picia jabola z gwinta w parku, bramie i zagrodzie? Nieee, raczej nie. To co?

To, że byłaś fajną młodą dupą.

A teraz jesteś dupą niemłodą i fajną trochę jakby mniej.

P.S.: Uff, doprawdy cieszę się, że nie jestem dupą, tylko babą. O ileż to życie lżejsze jest :)


13:57, dziwobaba
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4
stat4u Blogroll.pl - katalog blogów